Polecane Strony:

bellmed.pl - ginekolog Krakow
lident.pl - Gabinet stomatologiczny Warszawa
nowydom.slask.pl - ściany z keramzytu
alfa-gdansk.pl - Remonty Gdańsk
clmholidays.pl - Wczasy last minute
Zapraszamy.
A A A

Indianie

 

 

 

O tym, że grupa Indian, do której Cyt siłą została wcielona, nie wyruszyła na wojnę, świadczyła obecność kobiet w ich obozie. Grupę tę, stanowiącą małą część szczepu, początek wojny zaskoczył na terytorium angielskim, gdzie polowała i łowiła ryby. Mingowie spędzili w tych stronach zimę i wiosnę żyjąc właściwie z tego, co należało do nieprzyjaciela, a teraz postanowili zadać mu cios i wycofać się z jego terenów. Manewr, który zawiódł Mingów tak daleko w głąb nieprzyjacielskiego terytorium, podyktowany był iście indiańskim sprytem. Gdy przybył goniec z wieścią, że wybuchła wojna między Anglikami a Francuzami - wojna, do której musiały być wciągnięte wszystkie szczepy znajdujące się pod wpływami jednej ze stron walczących - nasz oddział Irokezów stał obozem nad jeziorem Oneida, które leży o pięćdziesiąt mil bliżej granicy Kanady niż jezioro, nad którym rozgrywają się wypadki naszego opowiadania. Uciekając w kierunku granicy Kanady naraziliby się na niebezpieczeństwo bezpośredniego pościgu; wodzowie indiańscy postanowili więc wykonać manewr polegający na przeniknięciu w głąb kraju, w którym groziło im teraz niebezpieczeństwo, przy czym mieli nadzieję, że uda im się wycofać na tyły nieprzyjaciela i nie dopuścić, aby im deptał po piętach. Do tego podstępu nakłoniła ich obecność kobiet, zbyt słabych, żeby podołać ucieczce przed pościgiem wojowników. Jeśli czytelnik uprzytomni sobie, na jak olbrzymich obszarach rozciągała się amerykańska puszcza w owych odległych czasach, zrozumie, że nawet cały szczep mógł miesiącami ukrywać się w lasach. Niebezpieczeństwo zaś spotkania wroga w lasach, jeśli zachowało się zwykłe środki ostrożności, było mniejsze niż w czasie wojny na pełnym morzu.
Obozowisko było tymczasowe i nie wyglądało o wiele lepiej niż zwykły biwak, chociaż wprowadzono w nim pewne pomysłowe ulepszenia, jakie nasunęły się mieszkańcom obozu, przywykłym do życia koczowniczego. Jedno ognisko, rozpalone wśród korzeni zielonego dębu, wystarczało całemu obozowi, gdyż przy ciepłej pogodzie ogień służył tylko do gotowania. Wokół ogniska rozrzuconych było piętnaście do dwudziestu chatek (należałoby raczej powiedzieć: psich bud), do których ich właściciele wpełzali na noc i gdzie chronili się w czasie burzy. Chatki te zbudowano z gałęzi drzew, dość pomysłowo splecionych; wszystkie jednakowo pokryte były korą, zdartą z leżących drzew, jakich nigdy nie brak w dziewiczej puszczy. Mebli niemal nie było. Najbardziej prymitywny sprzęt kuchenny leżał koło ogniska; nieco odzieży można było ujrzeć w chatkach lub obok nich; strzelby, rogi i sakwy leżały oparte o drzewa lub wisiały na niższych gałęziach; dwa czy trzy zabite jelenie zwisały z drzew, stanowiących naturalne jatki.
Nie można było ogarnąć obozu jednym spojrzeniem, leżał bowiem w gęstym lesie; chatki wynurzały się jedna po drugiej, w miarę jak oczy oswajały się z mrokiem, jaki tu panował. Ognisko mogło uchodzić za środek obozu, ale w całej tej nędznej wiosce nie było otwartego miejsca, na którym mogliby się zbierać jej mieszkańcy. Przyczajona w mroku osada niczym nie różniła się od swych panów - ponurych, skrytych, podstępnych Mingów. Garstka dzieci plątała się między chatkami, co trochę przypominało życie osiadłe. Czasem głęboką ciszę mrocznego lasu przerywał stłumiony śmiech i ciche głosy kobiet. Mężczyźni jedli, spali lub oglądali broń. Rozmawiali niewiele. Zazwyczaj zbierali się w tym celu w grupy, możliwie najdalej od kobiet. Niestrudzona, wrodzona im czujność i obawa niebezpieczeństwa nie opuszczała ich, można by rzec, nawet w czasie snu.

 

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 43 Następna »